Kostnica, Leon
Kostnica
Małe, przytulne, leciutko oświetlone wnętrze kina w pełni zasługiwało na określenie ‘kostnica’. Było zimno jak w łóżku Królowej Śniegu; widocznie dozorca kina był aż tak pewny zerowej frekwencji. A tu proszę, panie i panowie, piątka wypłochów z butami ortopedycznymi, którym ktoś bezzwłocznie powinien podać namiary najbliższego fryzjera.Usiedliśmy w najwyższym rzędzie.
- Ciekawe, co pierwsze puszczą.- Może coś w stylu „Inwazja porywaczy ciał”? To chyba klasyk kina sajnsfikszyn klasy B, nie?
- Chłopaki – Oktaś, mówiąc wydobyła zapuszkowane piwo z plecaka Przemka. – Jak można jarać się czymś tak infantylnym? Widziałam kiedyś taki film… – psst! – …i na moje śliczne oczko małpa po lobotomii wymyśliłaby coś mniej głupiego.- Jak masz mówić takie farmazony to lepiej mów niewyraźnie. – zasugerował Leon, uniosłem puszkę w geście przyznania racji. – Ed Wood został niegdyś okrzyknięty najgorszym reżyserem tego typu kina, tworzył totalnie skrajne bardziewia. Nie to się liczy… z czasem, już po śmierci, wśród kinomanów dorobił się tytułu reżysera kultowego… a właśnie, czasami ludzie zdobywają uznanie, kiedy gniją w trumnach i jest im wszystko jedno, nie? Nie powinno tak być, to cholernie nie…
- Dobra, masz rację… – Oktawia się poddała, przewracając oczami.
- …nie sprawiedliwie, ale tak właśnie jest, a wracając do Wooda…
- Leon… – Przemek wyciągnął piwo. – … facet wyprodukował ponad dwadzieścia filmów…
Leon
Otwarta puszka pojawiła się przed nosem Leona. Spojrzał na nią, potem na Leona i Oktawię, wzruszył z uśmiechem ramionami, chwycił aluminiowy pojemniczek wyczuwając tę przejrzystą (och, zamknij się już) sugestię.
Ekran wybuchł białym światłem, przyciemnione lampki na sali zgasły całkowicie. Witamy w świecie kosmicznych potworów czarno-białych lat 50-tych!Pamiętam dokładnie każdy film, każdy komentarz Leona, nasze śmiechy na widok monstrualnych wybryków wyobraźni dawnych reżyserów. Pamiętam to wszystko. Co chwila ktoś otwierał puszki, gniótł i wsadzał do plecaka (pierwszą Kapusta rzucił w stronę ekranu). Widzieliśmy, jak robot-najeźdźca z wymiaru X przemieniał amerykańskie miasta w pył, obserwowaliśmy mega-wendettę w wykonaniu lewitującego mózgu z oczami o zdolnościach telekinetycznych, bunt kobiety-olbrzyma i kilka innych rozrób. Będąc już podpity wziąłem swój plecak i zacząłem przeskakiwać kolejne rzędy foteli. Usłyszałem ‘gdzie ten głupcio idzie?’ Oktawii, gdy już wchodziłem na scenę, pod samym ekranem. Położyłem się na twardych deskach, plecak wsunąłem pod głowę i oglądałem. Obraz z tego kąta rozchodził się na dwa różnokolorowe fronty. Otwarłem piwo.
Tym razem nie będę się wzdychał. Po prostu, było zajebiście.